Czy to głupie, że chcę rzucić nową pracę pod dwóch tygodniach?

Pytanie

​

Pytanie takie jak w tytule. Mam 20 lat i kończę liceum eksternistycznie. Miałam w tym roku pisać maturę, ale nie zdałam egzaminu z fizyki, a poprawić mogę go dopiero jesienią, więc uznałam, że nie mając nic lepszego do roboty, pójdę do pracy, żeby pomóc z rodzinnym budżetem i nazbierać kasy na prawo jazdy.

​

Mieszkam w małej miejscowości, więc znalezienie sobie pracy nie jest zbyt łatwe. Nie mamy żadnych miejsc gdzie można pracować od razu, bez doświadczenia, poza trzema sklepami.

​

Gdzieś na końcu kwietnia jeden z tych sklepów dał ogłoszenie o tym, że szukają ludzi do pracy. Słyszałam o tym, że w ostatnim czasie zwolniły się jakieś 4 osoby, ale uznałam, że skoro były młode to po prostu poszły na studia, znalazły coś lepszego, albo uznały, że wolą coś innego. To już przecież nie te czasy, żeby przed 20 lat pracować jednym miejscu.

Jednak teraz, po dwóch tygodniach pracy tam, zdaję sobie sprawę czemu ktoś mógłby nie chcieć tam pracować.

​

Zaczęłam pracować na koniec maja i w około trzecim dniu zaczęły się problemy.

Obiecane przeszkolenie skończyło się na tym, że ktoś pokazał mi coś raz i po tym uznano, że temat jest wyczerpany i muszę go rozumieć. Kiedy zadaję pytania, lub proszę o pomoc niektóre osoby wręcz przewracają oczami lub mówią mi "no po prostu zrób to jak ci mówiłem" mimo tego, że tę rzecz np. pokazano mi tydzień wcześniej i wytłumaczono w 1 minutę, mimo tego, że jest to bardziej złożony temat.

Mam wrażenie, że nikt do końca nie wie co robi, bo jeśli już dostanę na coś odpowiedź to mogę się spodziewać, że jeśli zapytam się drugiej osoby to dostanę zupełnie inną odpowiedź, albo dostanę opieprz, bo robię coś nie tak jak miałam, mimo, że robiłam to tak jak kazał mi przełożony.

​

Jest bardzo dużo rzeczy do ogarnięcia w czasami niemożliwych terminach, w skelpie jest duży ruch, bo jest pomiędzy dwoma dużymi zakładami pracy.

Poza tym, mimo tego, że miałam otrzymać przeszkolenie na wszystkich stanowiskach, to po 4 dniach trafiłam na stanowisko, które wydaję mi się karą/miejscem na którym nikt nie chce pracować.

Mam dużo zadań i się nie wyrabiam, muszę wręcz biegać po sklepie, ludzie przychodzą do mnie z pytaniami żeby opróżnić butelkomat albo by ktoś podszedł do lady mięsnej i wtedy okazuje się, że jestem sama na sklepie i nie mogę nigdzie znaleźć współpracowników, a sama muszę wracać do swoich obowiązków. Potem okazuje się, że nikomu się nie śpieszy i sobie gadają na tyłach.

Wczoraj dostałam opierdol za to, że kosz przed sklepem jest pełny, mimo tego, że powinna zajmować się tym zamiana wieczorowa, a ja byłam na rano.

W odpowiedzi dostałam "ale jeśli ci z popołudnia tego nie zrobią to jest twój obowiązek" PROBLEM Z TYM, ŻE CI Z POPOŁUDNIA TEGO NIGDY NIE ROBIĄ, CHYBA ŻE IDĘ NA POPOŁUDNIE I ZROBIĘ TO SAMA.

Może bym się tym tak nie przejmowała, gdyby nie to, że na sklepie był syf i były problemy już zanim przyszłam, bo dosłownie na dzień dobry zrobiono spotkanie by o tym porozmawiać XD

​

Dosłownie dostałam opierdol, bo "było to tłumaczone na spotkaniu" gdy nie zdążyłam czegoś zrobić, ale większość współpracowników starszych stażem, ma wyjebane. Pomimo tego, że na spotkaniu zostało powiedziane, że jeśli ma się wolny czas od swoich obowiązków to w międzyczasie, zamiast iść pić kawę, iść pomóc osobom, które nie dają sobie rady ze swoimi obowiązkami, po słodko-pierdzącym OCZYWIŚCIE PANIE KIEROWNIKU, wszyscy następnego dnia wrócili do robienia tak jak robili.

​

Panuje chaos i jakieś dziwne bezprawie i kompletnie nie radzę sobie z dziwną presją jaka panuje w tym miejscu, mimo że nie określiłabym tego jako mobbing czy znęcanie się. Gdy mówię, że nie daję sobie rady słyszę "to specyficzny market, przyzwyczaisz się".

​

Teraz drugi sklep, bardziej w typie "osiedlowego" szuka kogoś na lato i zastanawiam się czy nie rzucić tej pracy i iść pracować do mniejszego sklepu w mniej ruchliwym miejscu. Zarabiałabym 200 złotych mniej, ale jest on bliżej mojego domu i jest jakiś 3 razy mniejszy, a pracuje tam proporcjonalnie więcej osób niż w "dużym" sklepie.

​

Czy dramatyzuję? To moja pierwsza kiedykolwiek "poważna" praca i nie ukrywam, że jestem dość sensytywną osobą, i boję się że robię z igły widły.

​

Ktoś ma jakieś porady, pracował w takim miejscu?

​

Z góry dziękuję za pomoc.

Posted Jun 17, 2026, 1:19 PM UTC

1235
Loading comments…